Czy można zbudować życie na wodzie, a nie tylko na lądzie?
To pytanie przyszło mi do głowy, kiedy pierwszy raz patrzyłam, jak tafla jeziora odbija nasze odbicie w panoramicznej szybie domku, który… zbudowaliśmy sami. No dobrze, z małą pomocą kilku specjalistów. Ale to było nasze marzenie – i zrealizowaliśmy je bez scenariusza, bez prób. Po prostu: akcja, serce, decyzja.
Pomysł narodził się w Amsterdamie. Podczas naszej podróży poślubnej zobaczyliśmy mężczyznę łowiącego ryby prosto ze swojego pływającego tarasu. On miał ciszę, kawę i swoją przestrzeń. My mieliśmy wówczas tylko marzenie. Ale, jak to bywa z marzeniami… wystarczy dać im dobry grunt – lub wodę – a zakiełkują.
I tak powstało Costa del Kryspi – nasza własna wersja „podkrakowskich Mazur”, jak zgrabnie ujął to ktoś z mediów. Nazwa? Na cześć Jeziora Kryspinów i naszych wyobrażeń o własnym „wybrzeżu”. Brzmi jak śmiech w tle rozmowy przy tabliczce czekolady. Czyli dokładnie tak, jak życie ma smakować.
Dziś nasze domy na wodzie to nie tylko pływająca architektura. To emocje. To rozmowy przy śniadaniu, które zostawiamy gościom w koszyku pod drzwiami. To prywatna strefa SPA, która wcale nie musi być ostentacyjna, żeby być luksusem. To łabędzie za oknem i dzieci śmiejące się na pomostach.
Nie zależy nam na pełnym obłożeniu. To nie hotel. To miejsce, które udostępniamy, kiedy my sami nie łapiemy tu balansu. Bo Costa del Kryspi to coś więcej niż biznes – to nasz oddech. I jeśli Ty też masz ochotę go złapać… dobrze trafiłaś, Kochana.
I wtedy pomyślałam…
Czy nie każdy z nas zasługuje na swój dom na wodzie – choćby na kilka dni?
Tule z uśmiechem,
Justyna z Costa del Kryspi
